środa, 1 maja 2013

Każdy ma swoją Bitwę pod Grunwaldem i swój Hołd Pruski

i każdy ma swój krzyż.
Na stacji Bento w Porto, gdzie ciągle jeszcze jestem, zobaczyłem na ścianie naszą Bitwę pod Grunwaldem i nasz Hołd Pruski, no może prawie nasze. Faceci w pelerynach z krzyżami biją się na miecze z nami(?), a na hołdzie klękają i się godzą. Wszystko to w kafelkach/azulejos w kolorze niebieskim - no po prostu znowu Polska właśnie.
I tu jest miejsce na ten prawie tytułowy krzyż, który jest moim krzyżem. Jestem w Portugalii już dwa tygodnie, łażę wszędzie, fotografuję, a od tych ciągłych porównań z ojczyzną uciec nie mogę. I drażni mnie Polska i Polacy i czytam gazeta.pl i mam jedną politykę i jednego newsweeka i jeszcze wysokie obcasy i to wszystko papierowe i czytam i się złoszczę i denerwuję i to jest jakaś beznadzieja. Chciałbym się uwolnić i się uwalniam, bo przecież zachwycam się katedrami i zamkami i spokojem tych ludzi i pięknem oceanu, a później czytam o jakiejś naszej durnocie i krew mnie zalewa. Może w innym kraju bym tak nie miał, ale w Portugalii mam, bo ona wydaje się nam/mi strasznie bliska. Przede wszystkim jesteśmy przecież sąsiadami na liście państw. Byliśmy mocarstwami, my od morza do morza, a oni mocarstwem kolonialnym, co my też chcieliśmy i prawie nam wyszło. Tak samo zrobiliśmy piłkarskie euro i mamy taki sam problem ze stadionami. I jeszcze podobno za chwilę ich prześcigniemy w poziomie życia - oni są najmarniejsi w starej unii, a my orły wśród nowych państw. I katolicy głównie. Ich zniszczyło trzęsienie ziemi w 1755, a później mieli rządy Salazara, my wojny wszystkie i socjalizm. Można się spierać kto miał gorzej, ale nie ma po co. Jutro jadę na południe oglądać różne cuda i może wreszcie mi przejdzie.


Z drugiej strony jest mi tu dobrze, alergii nie mam i dlatego swój pysk uśmiechnięty dokładam.
I jeszcze jedno zdjęcie w kurtce Naive - w tle Porto nad rzeką Douro.

Pomiędzy Koreą (Północną), a Portugalią, czyli kawa za pół euro.

Porto mnie zachwyciło. Czuć, że się dużo dzieje, jest fajnie. Widoki piękne, ludzie siedzą w knajpkach, jedzą, piją, gadają. Kawa jest za 0,5 euro, piwo 1 i szklanka napełniona prawie z meniskiem, talerz z obiadowym daniem za 3,5, może dlatego im łatwiej siedzieć w maleńkim lokalu, a nie w domu.
Wczoraj w pociągu wyczytałem o kiblu z cegieł holenderskich ręcznie formowanych, modrzewia syberyjskiego i blachy tytan cynk, który postawiłem sobie przy autostradzie (jestem podatnikiem poskim i unijnym, więc dopłata z unii to też moja składka). Każdy metr kibla przyautostradowego kosztował mnie 7 tys. zł. Przypomniało mi się  metro w stolicy Korei Północnej, gdzie "obywatele" sobie zrobili jedną linię 70 metrów pod ziemią, bo tak wygodnie i więcej im nie było potrzeba. Wydaje mi się, że nadęciem inwestycyjnym to nam bliżej do Korei niż do Portugalii, gdzie może stacje metra nie takie odjechane, ale w Porto jest linii 5 (łącznie z szybkim tramwajem) i dalej budują, remontują, że ojej. Może zrobić założenie, że kibel ma wytrzymać tylko 100 lat, a nie 500 to wyszedłby taniej?











poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Subiektywne poranne majaki

Parę dni temu napisałem kilka słów o Obidos ( http://tkwiatkowski.blogspot.pt/2013/04/obidos.html ) i o moich rozterkach kronikarskich i nie tylko. Nastrój miałem jakiś nie najlepszy, ale pisałem, bredziłem i smuciłem się. Po wyjściu z chałupy (trochę ciemnej, trochę chłodnej) wszystkie smutki rozpędziło słońce i ciepły wiaterek. Grzyb na ścianach przestał razić oczy, odpadająca farba była tylko gdzieniegdzie, jednym słowem wesołość zapanowała w mojej głowie. Kilka dni miałem dość poważny problem, bo ściana nie chciała mi wydać pieniędzy. Bankomat domagał się 6 cyfr pinu, a ja miałem tylko 4. Katastrofa, bo Portugalia lubi gotówkę i ja w sumie też. Czarne myśli, że hej. Ale jak się udało pokonać maszynę (trzeba dopisać dwa zera i zaakceptować, że jest tylko 4 cyfry w pinie), to nastrój cudowny, zdjęcia wesołe i w ogóle świat jest piękny. I to jest wszystko o obiektywnym byciu, bo musimy być subiektywni. Trzeba brać pod uwagę różne okoliczności, myśli innych, ale jesteśmy subiektywni i dobrze jest zdawać sobie z tego sprawę, że jak słońce zaświeci to i przyszłość będzie lepsza.
W Obidos zamienili stary kościół na księgarnię, która ma ambicję bycia ichniejszym domem kultury. Twierdzili, że nie było łatwo przeprowadzić taką operację, ale kościół był w coraz większej ruinie i mają nadzieję, że się uda. Są chętni, aby wziąć udział w przyszłym roku w Koncertach Urodzinowych Chopinowi.









piątek, 26 kwietnia 2013

Atlantyk nocą.....

Atlantyk wieczorem w Nazare wygląda prawie tak:


wtorek, 23 kwietnia 2013

Obidos.....

Z Obidos mam problem. Jest to przepiękne, niewielkie miasteczko, jeden z portugalskich cudów wpisanych na listę Unesco. Chodzę po małych uliczkach (mój przewodnik mówi, że jest ich pięć, ale to chyba nieprawda) i się zachwycam i robię zdjęcia i zostaję na dwa dni. Zdjęć masa i okazuje się, że nie są takie piękne jak wrażenia, które mam w głowie, bo grzyb na ścianach, bo farba oblazła i co robić? Czy być kronikarzem i pokazywać te nieszczęsne liszaje, czy ukrywać? Sam nie wiem...
W jednym kościele stoi fortepian. Stoi to i pewnie na nim grają.
Byłem na cmentarzu i tam są klasyczne groby, czyli trumna w ziemi, ale są też małe domki w których trumny leżą na półkach i nie wiem, czy tam w środku są umarli?
Wieczorem pognało mnie do Seniora Paulo na doradę i tam spotkałem kanadyjczyków, którzy jedli mięcho. Ich danie średnie, a moja ryba fantastyczna. Lorna w zeszłym roku poszła na piechotę z Porto do Hiszpanii, szła 11 dni i musiała tutaj wrócić, żeby pokazać Peterowi (mąż) jak jest pięknie w Portugalii.
I po obiedzie z winem poszedłem na mury średniowieczne, gdzie zgodnie z przewodnikiem zdarzają się miejsca niebezpieczne, bo nie ma poręczy. Nie wiem, czy 11 lat temu gdziekolwiek była poręcz, bo teraz nigdzie jej nie ma. Udało sięj ednak nie zginąć, chociaż podrapane kolano mnie lekko zdziwiło.
Reszta zdjęć z Obidos jest na mojej Picasie:
https://plus.google.com/photos/112138064726339097904/albums/5869996465441722369?banner=pwa





poniedziałek, 22 kwietnia 2013

W poszukiwaniu plaży.

Plan był taki: pojechać do wioski rybackiej Cascais (cytat z przewodnika) i przejść piaszczystym brzegiem oceanu do latarni morskiej, czyli niedzielne leniuchowanie. Wioska to to może kiedyś była, a teraz to jest miasto z wszystkim co potrzeba nowoczesnemu turyście - hotele, sklepy itd... Na placu koło plaży impreza ze sceną, girlsy tańczą, ktoś śpiewa i to nie jest fado, tłum się kołysze, telewizja filmuje. Nastrój jednak miałem niedzielny, przewodnik ma 11 lat, więc tylko troszkę się zasmuciłem, ale poszedłem szukać mojej nadoceanicznej drogi do latarni morskiej. Byłem kiedyś w Łebie i tam sobie chodziłem po piaseczku nad morzem i tu też tak chciałem, zwłaszcza że podobno u nas już tak się nie da bo nastała moda na betonowanie brzegu Bałtyku. Ja tą modę na betony bardzo popieram, bo to są pieniądze dla państwa z podatków i robota dla ludzi rzucanie takich betonów na brzeg i jeszcze jak się klimat ociepli i woda w Bałtyku się podniesie, to będziemy mieli gotowe wyspy, których żadna moc wraża nam nie odbierze. W Cascais to pewnie by chcieli mieć tak jak u nas przed betonowaniem, bo droga do latarni to tylko asfaltówka, a do Atlantyku dojść można w jednym miejscu w mieście. I tak sobie łaziłem bezmyślnie patrząc na piękny ocean, bo jak zaczynałem myśleć to mi się te betonowe falochrony przypominały i.....











sobota, 20 kwietnia 2013

Było tak...

Mój 10-letni przewodnik wypożyczony z biblioteki powiedział, że na fado się chodzi o 11 w nocy albo później i ja tak zrobiłem i prawie mi się nie udało posłuchać. Wszędzie muzyka z różnych ustrojstw elektronicznych i tylko w jednym miejscu, które miało się zaraz zamknąć i w którym siedziały tylko cztery dziewczyny na kolacji mieli jeszcze grać. I zagrali i to jak. Było cudownie. Zaśpiewał kilka kawałków facet, a dwóch grało na gitarach, później kobieta i później jeszcze jeden facet. Dziewczyny już dawno poszły i zostałem tylko ja i się okazało, że oni już też chcą do domu, ale śpiewają i grają bo jest słuchacz, czyli ja i najlepiej żebym też już sobie poszedł. I jutro też tam lecę, bo zaczynają o 9 i podobno jutro to cała Lizbona gra na żywo.