To była duża łódź, taki wielki ponton z motorem i popłynęliśmy w przestwór oceanu. Płaski jak stół, ogromny i ta woda, jak nie woda, bardziej lawa, bo przecież nie zwykła woda. Ta bliskość do tej niby wody, łódź płaska i brak horyzontu, bo ocean połączył się z niebem... Zupełnie jak u Mickiewicza, tylko my jedziemy tym wozem po wierzchu, prawie żadnego nurzania się nie ma. Wiedziałem, że pod powierzchnią życie wre, naoglądałem się filmów przyrodniczych i to wszystko miało się nijak do tej magmy, która nas otaczała. Wpłynęliśmy w leciutką mgłę, która zrobiła horyzont i dalej, ciągle szybko, bo delfiny zaraz powinny gdzieś tu być. I oczywiście były, bo lubią zabawę i podpływają do łodzi, jeden robi stójkę, inny udaje wieloryba (nie zdążyłem zrobić zdjęcia), a reszta pływa i oddychają. Tak oddychają jak ja, kiedy płynę krytą żabką, właściwie dyszą i ja dyszę w wodzie też. To niby oczywiste, bo przecież to ssaki i muszą się wychylić z wody, żeby zaczerpnąć powietrza, ale to dyszenie jest tak ludzkie, że aż dech zapiera.
środa, 8 maja 2013
Delfiny oddychają
Etykiety:
Adam Mickiewicz,
Atlantic Ocean,
Atlantyk,
delfin,
DOLPHIN,
DOLPHINS,
Lagos,
seafaris,
STEPY AKERMAŃSKIE
Znalazłem Kwartał Muzyczny
Już dawno po północy, a ja muszę to napisać, bo swoje obowiązki znam. Przyjechałem z powrotem do Lizbony i wyszedłem napić się czegoś, bo suchość itd. I nagle znalazłem się w środku dzielnicy imprezowej, gdzie w każdym prawie miejscu była żywa muzyka. Grali fado, jazz, rock, blues, ballady, samby, prawie wszystko bo klasyki nie. Grali Hoochie Coochie Man i inne radosne kawałki, a ja błąkałem się jak ta zazdrosna sierota pomiędzy chłopakami z gitarami na plecach i całą zgrają innych złaknionych piwa i dobrej zabawy. Spędziłem najwięcej czasu w Adega Machado, gdzie Marco Rodriguez śpiewał i grał na gitarze (to ten w środku), a jeszcze dołączyła jedna kobitka, a później druga i to była uczta. Jutro trochę wcześniej tam lecę.
Etykiety:
Adega Machado,
Fado,
Lisbon,
Lizbona,
Marco Rodrigues,
Portugalia
wtorek, 7 maja 2013
Pięknie jest.
Mój kierownik zakazał mi jechać do Algarve, bo tam nic ciekawego, tylko pola golfowe, a z drugiej strony Pani Basia kazała jechać do Lagos. Postanowiłem przyjechać tu na krótko i dzisiaj byłem na Przylądku Świętego Wincentego, który jest najdalej wysuniętym miejscem Europy na południowy zachód. To jest trochę niezrozumiałe, bo są miejsca wysunięte dalej na południe i na zachód osobno, ale Święty Wincenty jest w obie te strony razem najlepszy i ja tam byłem. Śmieszne jest to miejsce, bo dojść za daleko nie można, a przed latarnią morską bazar jak na Krupówkach, swetrami, skorupami i innym badziewiem handlują. Całe szczęście, że widoki są piękne, bo nie miałbym się jak wytłumaczyć z samowoli. Jeździłem autobusem i autostopem i ta fajna, portugalska para przywiozła mnie z Sagres do Lagos.
niedziela, 5 maja 2013
A chłopi w karty grają.
- Czy jest tu coś jeszcze oprócz kościoła? - pytam hotelowego recepcjonisty w Alcobaça.
- Nie ma nic.
Wychodzę na zewnątrz i nad miastem góra, a na jej szczycie ruiny zamku. Poleciałem, obejrzałem i donoszę, że ruiny są i mają pewnie z 1000 lat, ale są marne i wyglądają dobrze tylko dla takich wariatów jak ja. Kocham te zamki, ktore są na prawie każdej porządnej górze w Portugalii. Surowa przydatność, bezozdobnikowa forma, czyste piękno. Podobnie mam przed romanską katedrą w Coimbrze, czy w monumetalnym monastyrze w Alcobaça. Styl manueliński jest oczywiście piękny, ale nie wywołuje u mnie tylu wzruszeń, chociaż nieukończona kaplica w Batalsze jest bardzo piękna i tak samo grobowce tutejszych Romea i Julii, czyli króla Pedro i w jego ukochanej Ines w Alcobaça. Jednym słowem co piękne, to piękne i już. I jeszcze akwedukty o których myślałem, że tylko w czasach imperium rzymskiego powstawały (braki w historycznym wykształceniu). W Pegoes wzniesiono takowe w XVII wieku i ganiałem po nich i wokół i mało się na autobus nie spóźniłem.
I obok tych wszystkich cudowności chłopi w w knajpie w karty grają i wrzeszczą tak, że się zupy w spokoju nie da zjeść.
czwartek, 2 maja 2013
1 maj
Porto wczoraj też święciło 1 maja, ale chyba bez specjalnej wiary w efekty - pewnie tak samo, jak gdzie indziej. Transparent z grubą liną do wieszania chyba polityków jest dość dramatyczny, ale czy będzie skuteczny, to wątpię. Pochodzili, poświętowali i poszli coś zjeść, jak wszędzie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)




















































