Już dawno po północy, a ja muszę to napisać, bo swoje obowiązki znam. Przyjechałem z powrotem do Lizbony i wyszedłem napić się czegoś, bo suchość itd. I nagle znalazłem się w środku dzielnicy imprezowej, gdzie w każdym prawie miejscu była żywa muzyka. Grali fado, jazz, rock, blues, ballady, samby, prawie wszystko bo klasyki nie. Grali Hoochie Coochie Man i inne radosne kawałki, a ja błąkałem się jak ta zazdrosna sierota pomiędzy chłopakami z gitarami na plecach i całą zgrają innych złaknionych piwa i dobrej zabawy. Spędziłem najwięcej czasu w Adega Machado, gdzie Marco Rodriguez śpiewał i grał na gitarze (to ten w środku), a jeszcze dołączyła jedna kobitka, a później druga i to była uczta. Jutro trochę wcześniej tam lecę.
środa, 8 maja 2013
Znalazłem Kwartał Muzyczny
Etykiety:
Adega Machado,
Fado,
Lisbon,
Lizbona,
Marco Rodrigues,
Portugalia
wtorek, 7 maja 2013
Pięknie jest.
Mój kierownik zakazał mi jechać do Algarve, bo tam nic ciekawego, tylko pola golfowe, a z drugiej strony Pani Basia kazała jechać do Lagos. Postanowiłem przyjechać tu na krótko i dzisiaj byłem na Przylądku Świętego Wincentego, który jest najdalej wysuniętym miejscem Europy na południowy zachód. To jest trochę niezrozumiałe, bo są miejsca wysunięte dalej na południe i na zachód osobno, ale Święty Wincenty jest w obie te strony razem najlepszy i ja tam byłem. Śmieszne jest to miejsce, bo dojść za daleko nie można, a przed latarnią morską bazar jak na Krupówkach, swetrami, skorupami i innym badziewiem handlują. Całe szczęście, że widoki są piękne, bo nie miałbym się jak wytłumaczyć z samowoli. Jeździłem autobusem i autostopem i ta fajna, portugalska para przywiozła mnie z Sagres do Lagos.
niedziela, 5 maja 2013
A chłopi w karty grają.
- Czy jest tu coś jeszcze oprócz kościoła? - pytam hotelowego recepcjonisty w Alcobaça.
- Nie ma nic.
Wychodzę na zewnątrz i nad miastem góra, a na jej szczycie ruiny zamku. Poleciałem, obejrzałem i donoszę, że ruiny są i mają pewnie z 1000 lat, ale są marne i wyglądają dobrze tylko dla takich wariatów jak ja. Kocham te zamki, ktore są na prawie każdej porządnej górze w Portugalii. Surowa przydatność, bezozdobnikowa forma, czyste piękno. Podobnie mam przed romanską katedrą w Coimbrze, czy w monumetalnym monastyrze w Alcobaça. Styl manueliński jest oczywiście piękny, ale nie wywołuje u mnie tylu wzruszeń, chociaż nieukończona kaplica w Batalsze jest bardzo piękna i tak samo grobowce tutejszych Romea i Julii, czyli króla Pedro i w jego ukochanej Ines w Alcobaça. Jednym słowem co piękne, to piękne i już. I jeszcze akwedukty o których myślałem, że tylko w czasach imperium rzymskiego powstawały (braki w historycznym wykształceniu). W Pegoes wzniesiono takowe w XVII wieku i ganiałem po nich i wokół i mało się na autobus nie spóźniłem.
I obok tych wszystkich cudowności chłopi w w knajpie w karty grają i wrzeszczą tak, że się zupy w spokoju nie da zjeść.
czwartek, 2 maja 2013
1 maj
Porto wczoraj też święciło 1 maja, ale chyba bez specjalnej wiary w efekty - pewnie tak samo, jak gdzie indziej. Transparent z grubą liną do wieszania chyba polityków jest dość dramatyczny, ale czy będzie skuteczny, to wątpię. Pochodzili, poświętowali i poszli coś zjeść, jak wszędzie.
środa, 1 maja 2013
Każdy ma swoją Bitwę pod Grunwaldem i swój Hołd Pruski
i każdy ma swój krzyż.
Na stacji Bento w Porto, gdzie ciągle jeszcze jestem, zobaczyłem na ścianie naszą Bitwę pod Grunwaldem i nasz Hołd Pruski, no może prawie nasze. Faceci w pelerynach z krzyżami biją się na miecze z nami(?), a na hołdzie klękają i się godzą. Wszystko to w kafelkach/azulejos w kolorze niebieskim - no po prostu znowu Polska właśnie.
I tu jest miejsce na ten prawie tytułowy krzyż, który jest moim krzyżem. Jestem w Portugalii już dwa tygodnie, łażę wszędzie, fotografuję, a od tych ciągłych porównań z ojczyzną uciec nie mogę. I drażni mnie Polska i Polacy i czytam gazeta.pl i mam jedną politykę i jednego newsweeka i jeszcze wysokie obcasy i to wszystko papierowe i czytam i się złoszczę i denerwuję i to jest jakaś beznadzieja. Chciałbym się uwolnić i się uwalniam, bo przecież zachwycam się katedrami i zamkami i spokojem tych ludzi i pięknem oceanu, a później czytam o jakiejś naszej durnocie i krew mnie zalewa. Może w innym kraju bym tak nie miał, ale w Portugalii mam, bo ona wydaje się nam/mi strasznie bliska. Przede wszystkim jesteśmy przecież sąsiadami na liście państw. Byliśmy mocarstwami, my od morza do morza, a oni mocarstwem kolonialnym, co my też chcieliśmy i prawie nam wyszło. Tak samo zrobiliśmy piłkarskie euro i mamy taki sam problem ze stadionami. I jeszcze podobno za chwilę ich prześcigniemy w poziomie życia - oni są najmarniejsi w starej unii, a my orły wśród nowych państw. I katolicy głównie. Ich zniszczyło trzęsienie ziemi w 1755, a później mieli rządy Salazara, my wojny wszystkie i socjalizm. Można się spierać kto miał gorzej, ale nie ma po co. Jutro jadę na południe oglądać różne cuda i może wreszcie mi przejdzie.
Na stacji Bento w Porto, gdzie ciągle jeszcze jestem, zobaczyłem na ścianie naszą Bitwę pod Grunwaldem i nasz Hołd Pruski, no może prawie nasze. Faceci w pelerynach z krzyżami biją się na miecze z nami(?), a na hołdzie klękają i się godzą. Wszystko to w kafelkach/azulejos w kolorze niebieskim - no po prostu znowu Polska właśnie.
I tu jest miejsce na ten prawie tytułowy krzyż, który jest moim krzyżem. Jestem w Portugalii już dwa tygodnie, łażę wszędzie, fotografuję, a od tych ciągłych porównań z ojczyzną uciec nie mogę. I drażni mnie Polska i Polacy i czytam gazeta.pl i mam jedną politykę i jednego newsweeka i jeszcze wysokie obcasy i to wszystko papierowe i czytam i się złoszczę i denerwuję i to jest jakaś beznadzieja. Chciałbym się uwolnić i się uwalniam, bo przecież zachwycam się katedrami i zamkami i spokojem tych ludzi i pięknem oceanu, a później czytam o jakiejś naszej durnocie i krew mnie zalewa. Może w innym kraju bym tak nie miał, ale w Portugalii mam, bo ona wydaje się nam/mi strasznie bliska. Przede wszystkim jesteśmy przecież sąsiadami na liście państw. Byliśmy mocarstwami, my od morza do morza, a oni mocarstwem kolonialnym, co my też chcieliśmy i prawie nam wyszło. Tak samo zrobiliśmy piłkarskie euro i mamy taki sam problem ze stadionami. I jeszcze podobno za chwilę ich prześcigniemy w poziomie życia - oni są najmarniejsi w starej unii, a my orły wśród nowych państw. I katolicy głównie. Ich zniszczyło trzęsienie ziemi w 1755, a później mieli rządy Salazara, my wojny wszystkie i socjalizm. Można się spierać kto miał gorzej, ale nie ma po co. Jutro jadę na południe oglądać różne cuda i może wreszcie mi przejdzie.
Z drugiej strony jest mi tu dobrze, alergii nie mam i dlatego swój pysk uśmiechnięty dokładam.
I jeszcze jedno zdjęcie w kurtce Naive - w tle Porto nad rzeką Douro.
Etykiety:
Azulejos,
Bento,
Douro,
Porto,
Portugalia
Pomiędzy Koreą (Północną), a Portugalią, czyli kawa za pół euro.
Porto mnie zachwyciło. Czuć, że się dużo dzieje, jest fajnie. Widoki piękne, ludzie siedzą w knajpkach, jedzą, piją, gadają. Kawa jest za 0,5 euro, piwo 1 i szklanka napełniona prawie z meniskiem, talerz z obiadowym daniem za 3,5, może dlatego im łatwiej siedzieć w maleńkim lokalu, a nie w domu.
Wczoraj w pociągu wyczytałem o kiblu z cegieł holenderskich ręcznie formowanych, modrzewia syberyjskiego i blachy tytan cynk, który postawiłem sobie przy autostradzie (jestem podatnikiem poskim i unijnym, więc dopłata z unii to też moja składka). Każdy metr kibla przyautostradowego kosztował mnie 7 tys. zł. Przypomniało mi się metro w stolicy Korei Północnej, gdzie "obywatele" sobie zrobili jedną linię 70 metrów pod ziemią, bo tak wygodnie i więcej im nie było potrzeba. Wydaje mi się, że nadęciem inwestycyjnym to nam bliżej do Korei niż do Portugalii, gdzie może stacje metra nie takie odjechane, ale w Porto jest linii 5 (łącznie z szybkim tramwajem) i dalej budują, remontują, że ojej. Może zrobić założenie, że kibel ma wytrzymać tylko 100 lat, a nie 500 to wyszedłby taniej?
Wczoraj w pociągu wyczytałem o kiblu z cegieł holenderskich ręcznie formowanych, modrzewia syberyjskiego i blachy tytan cynk, który postawiłem sobie przy autostradzie (jestem podatnikiem poskim i unijnym, więc dopłata z unii to też moja składka). Każdy metr kibla przyautostradowego kosztował mnie 7 tys. zł. Przypomniało mi się metro w stolicy Korei Północnej, gdzie "obywatele" sobie zrobili jedną linię 70 metrów pod ziemią, bo tak wygodnie i więcej im nie było potrzeba. Wydaje mi się, że nadęciem inwestycyjnym to nam bliżej do Korei niż do Portugalii, gdzie może stacje metra nie takie odjechane, ale w Porto jest linii 5 (łącznie z szybkim tramwajem) i dalej budują, remontują, że ojej. Może zrobić założenie, że kibel ma wytrzymać tylko 100 lat, a nie 500 to wyszedłby taniej?
Etykiety:
Douro,
katedra w Porto,
Porto,
Portugalia,
Se
Subskrybuj:
Posty (Atom)






















































